E-wydanie – poradnik wydawcy

Digitalizacja

Temat publikacji elektronicznych jest niewyczerpanym źródłem nowinek. Gdy prowadziłam pierwsze swoje szkolenie z zakresu e-wydań, mówiłam już o nowych (!) formatach ePub i mobi, ale jeszcze sporo czasu poświęciłam formatowi PDF. Teraz o PDF-ach mówię właściwie wyłącznie jako o antyprzykładzie dobrej publikacji cyfrowej – a minęło zaledwie kilka lat… Zmienność samej formy to jedno, a zależność od rozwijającego się w zawrotnym tempie rynku urządzeń to drugie. Początkowo urządzeniem do odczytu e-wydań był głównie komputer czy laptop. Teraz urządzeniami dominującymi są tablety i smartfony, które coraz więcej ludzi ma zawsze przy sobie. Popularnością cieszą się również czytniki E Ink, szczególnie wśród czytelników beletrystyki. Nowe urządzenia powiązane z rynkiem e-czytelnictwa silnie rzutują na dystrybucję (Internet mobilny, e-płatności), jednak największe zmiany wywołują w samym procesie przygotowania publikacji cyfrowych. Wydania w formatach mobilnych są zazwyczaj lżejsze niż PDF (łatwiejsze w dystrybucji), cechuje je swobodny przepływ treści, przez co elastycznie „wlewają się” w ekrany różnych rozmiarów i można je personalizować: zmieniać wielkość i krój liter, obracać w pionie i poziomie, zmieniać kolor tła czy sposób wyświetlania (układ ciągły bądź z podziałem na „strony”). Od technicznej strony tekst pozostaje niezależny od formatowań, więc nie dotykają go problemy z kodowaniem – można go np. swobodnie przeszukiwać. Te wyróżniki formatów mobilnych pociągają za sobą konsekwencje techniczne i estetyczne w zakresie projektowania e-wydań.

By nie wpaść w teoretyczne rozważania o konsekwencjach nowych mediów dla publikacji cyfrowych, spróbuję stworzyć zestawienie kolejnych kroków, jak wydawca może ocenić e-wydanie, które chce wprowadzić do dystrybucji. Nie ma znaczenia, czy publikację przygotowuje zespół stworzony w wydawnictwie, czy zewnętrzna firma – bazowe zasady pozostają dla wszystkich niezmienne.

Walidacja

Pierwszym krokiem, od jakiego zawsze trzeba rozpocząć ocenę publikacji cyfrowej, jest ocena jest technicznej poprawności. Walidacja oznacza nic innego, jak sprawdzenie pliku pod kątem zgodności ze specyfikacją. W przypadku publikacji w ePub, większość z nich wciąż jest przygotowywana zgodnie ze starszą specyfikacją ePub 2.0.1, na rynku pojawiają się jednak również wersje opracowane według specyfikacji ePub 3. Obie specyfikacje są dostępne na stronie International Digital Publishing Forum, w zakładce EPUB. Oczywiście wydawca nie musi poznawać całej specyfikacji – do oceny stricte technicznej poprawności wystarczą ogólnodostępne walidatory (np. EpubCheck, także w formie aplikacji Pagina). Dostarczą one informacji, czy plik został poprawnie zbudowany – innymi słowy, czy jego struktura jest prawidłowa, czy nie brakuje komponentów. Jeśli walidacja ujawni błędy, plik bezwzględnie należy zwrócić do poprawy. Spora część urządzeń będzie w stanie w mniejszym czy większym stopniu zignorować błędy, lecz może się zdarzyć, że treść będzie się wyświetlała niepoprawnie bądź niekompletnie, a w skrajnych przypadkach plik nie otworzy się wcale.

Funkcjonalność

Ten aspekt opiera się przede wszystkim na poprawnej strukturze kodu. Jeśli w trakcie opracowania publikacji użyto odpowiednich tagów do odpowiednich fragmentów, wszystko będzie działało tak, jak powinno. Jak wydawca nieznający składni XHTML może to ocenić? Przede wszystkim należy sprawdzić spis treści, lecz nie ten tekstowy, widoczny na ekranie jako fragment publikacji, lecz ten wbudowany w plik, dostępny zazwyczaj spod ikonki spisu treści w aplikacji. Jeśli zawiera wszystkie elementy i prowadzą one w odpowiednie miejsca w publikacji, jest spora szansa (choć nie gwarancja), że nagłówki wszystkich poziomów zostały poprawnie otagowane.

Drugim newralgicznym aspektem opracowania e-wydania są przypisy. To nieco inny rodzaj łącza wewnętrznego. Poprawnie otagowany odsyłacz po kliknięciu czy tapnięciu powinien przenosić czytelnika do treści przypisu, gdzie z kolei powinien znajdować się link powrotny do tego miejsca treści, w którym znajduje się odsyłacz. Tak wygląda to w specyfikacji ePub 2.0.1 oraz w pliku mobi. W ePubie opracowanym zgodnie z nowszą wersją specyfikacji przypis powinien być rozwiązany inaczej. Na wielu urządzeniach będzie wyglądał tak samo jak w przypadku ePub 2, jednak w czytniku iBooks (iOS) czy Gitden (Android) będą się wyświetlały jako „dymki”, bez konieczności przenoszenia od odsyłacza do treści i z powrotem.

Projekt

Na całe szczęście minęły już czasy, gdy temat estetyki publikacji cyfrowych w ogóle nie był podejmowany. Rosnące wymagania e-czytelników zaważyły na poważnym podejściu do sprawy i nadaniu właściwej wagi projektowi e-wydania. Choć ogólne zasady składu publikacji drukowanej i elektronicznej pozostają takie same, wydawcy nierzadko mają kłopot z rozróżnieniem, co wymaga poprawy, a co ze względu na specyfikę nośnika musi wyglądać odmiennie niż w druku.

Kłopotliwym dla wydawców tematem jest projekt typograficzny. Najczęstszym zarzutem wobec projektanta e-wydania jest zastosowanie nieidentycznego z drukowanym pierwowzorem kroju pisma. Przyczyna nieporozumienia leży w samym podejściu wydawców, tutaj oddanym jednym prostym określeniem: drukowany pierwowzór. Wciąż najczęściej zakłada się, że publikacja tradycyjna jest tą „domyślną”, główną i na jej podstawie ma powstać wersja cyfrowa. Choć oba wydania – drukowane i cyfrowe – mają nawet różne ISBN-y, i tak najczęściej są traktowane jako „wydanie” i „wersja cyfrowa”. Nie jest moim celem forsowanie równouprawnienia obu wydań, jednak oceniając publikację cyfrową, wydawca musi zdawać sobie sprawę, że rządzi się ona swoimi prawami. Spójność estetyczna – jak najbardziej, identyczność – mocno niewskazana.

W zakresie typografii widać to bardzo wyraźnie. Dwie najważniejsze przeszkody w stworzeniu identycznych projektów typograficznych dotyczą zupełnie odmiennych sfer. Pierwsza z nich ma charakter prawny; rzadko kiedy wydawca dysponuje odpowiednią licencją, by móc zastosować font w dystrybucji cyfrowej. Druga dotyczy bezpośrednio zagadnień projektowych: ekran E Ink, ekran LCD oraz papier mają zupełnie inną charakterystykę. Różnią się wielkością (na urządzeniach mobilnych lepiej wygląda tekst złożony fontem o węższym polu znaku), wielkością plamki (ekrany wymagają krojów o dużym kontraście typograficznym, podczas gdy papier pozwala na użycie subtelniejszych krojów) czy rodzajem nośnika (dla ekranów świecących nie powinno się stosować standardowych krojów szeryfowych). Wszystko to decyduje o odmiennych wymogach typograficznych dla wydań cyfrowych. Wydawca może jednak postulować zachowanie spójności estetycznej z publikacją drukowaną. W większości przypadków da się dobrać kroje przystosowane do wymogów e-wydań, a jednocześnie o podobnych charakterze, co te zastosowane w druku.

Nieco innego podejścia niż w projekcie przeznaczonym do druku wymagają także światła akapitowe. Ogólne zasady ich stosowania pozostają niezmienne, jednak w przypadku e-wydań należy mieć na uwadze mniejszą przestrzeń, jaką projektant ma do dyspozycji. Sześcio- czy siedmiocalowe ekrany nie pozostawiają zbyt wiele pola do manewru (o ekranikach smartfonów nie wspominając), ograniczoną przestrzeń trzeba wykorzystać sprytnie. Wąski krój pisma pozwala na zachowanie w miarę jednolitej szarości akapitu, dzięki czemu mniejsze światła w wystarczający sposób wydzielają partię tekstu. Niezły sposobem jest zastosowanie składu w chorągiewkę (jednostronnie wyrównanego) czy wzmocnienie układu separatorem.

Krój Droid Serif Krój Georgia
Przykład składu fontem wąskim …i szerokim, przeznaczonym do druku

Obie powyższe próbki mają identyczne parametry składu, różnią się wyłącznie krojem pisma. Jak widać, wąski font projektowany do zastosowań cyfrowych prezentuje się w wąskiej kolumnie znacznie lepiej niż ten przeznaczony do druku. Szarość akapitu jest dość jednolita, nie ma nieestetycznych przerw między wyrazami. Przy tej samej interlinii i stopniu pisma (wielkości liter), wykorzystanie pola znaku jest znacznie lepsze do zastosowań cyfrowych; na ograniczonym obszarze mieści się więcej tekstu (aż 15 słów różnicy!), jest on bardziej zwarty, a szeryfy są wyraźne, co składa się na płynne prowadzenie wzroku czytelnika.

Dzięki dobrze dobranemu krojowi również nieduże światła akapitowe w wystarczający sposób wyróżniają wydzielone fragmenty: nie tylko blok nagłówka, ale również wyróżnienie w tekście.

Ostatnim aspektem, na jaki wydawca powinien zwrócić uwagę, oceniając e-wydanie, jest prezentacja materiału graficznego i związane z tym wykorzystanie barw. Wciąż dość częstym błędem składu jest brak skalowania grafik. O ile na ekranie komputerowym wyglądają one dobrze, o tyle na średniej wielkości tablecie, czytniku czy smartfonie część obrazu może kryć się poza granicami ekranu. Już na etapie przekazywania materiałów do opracowania publikacji cyfrowej warto się zastanowić, czy dana grafika nie jest zbyt duża bądź zbyt szczegółowa; dotyczy to szczególnie infografik, grafów, wykresów czy tabel. Choć poprawnie przeskalowane grafiki zawsze będą mieścić się w obrębie ekranu, zbyt mocno pomniejszone mogą jednak okazać się nieczytelne.

Skoro już jesteśmy przy graficznej prezentacji informacji, warto podnieść jedną ważną kwestię, niestety wciąż jeszcze okazjonalnie ignorowaną, czy to decyzją projektantów, czy wydawców – tabele zawsze powinny być złożone jako tekst, w żadnym razie jako obrazek. Treść poprawnie złożonej tabeli może być przez czytelnika pomniejszana czy powiększana, w zależności od potrzeb, można ją swobodnie przeszukiwać narzędziami wbudowanymi w aplikację, znacznie czytelniej (choć – fakt – nie zawsze bardziej estetycznie) wlewa się w obszar ekranu urządzenia. Tabela w formie obrazka może na pierwszy rzut oka ładniej wyglądać, jednak zdecydowanie traci na funkcjonalności, a niekiedy staje się zupełnie nieczytelna. Oczywiście nawet w formie tekstowej nie można dokonać cudu i zmieścić tabeli wielkości strony A4 w druku. Można zastosować pewne triki (np. użyć bardzo wąskiego i cienkiego fotnu bezszeryfowego, który pozwoli zmieścić maksymalnie dużo znaków w komórce tabeli), jednak najobszerniejsze tabele trzeba przeredagować.

Trzeba również uważać na wykresy. Na nich najsilniej odbije się częsty błąd, jakim jest zastosowanie barwy jako jedynego nośnika informacji. Wykresy porównujące wiele danych, czy to liniowe, czy słupkowe, czy kołowe, nie mogą opierać się wyłącznie na kolorze, gdyż odczytywane na monochromatycznych ekranach E Ink staną się zupełnie nieczytelne. Taki materiał również trzeba odpowiednio przygotować przed składem e-wydania.

Pliki mobi

Format mobi jest formatem zamkniętym, a więc w przeciwieństwie do ePub nieedytowalnym. Tworzy się go z pliku ePub, po pełnym jego opracowaniu, sprawdzeniu i przetestowaniu; ePub jest tym samym plikiem źródłowym dla mobi. Jeśli został przygotowany profesjonalnie, konwersja do formatu mobi przebiega płynnie i jej efektem jest e-wydanie bardzo podobne do źródła. Aby je ocenić, wystarczy przejrzeć je pod kątem dokładnie tych samych kryteriów, co ePub (walidacja jest na tym etapie zbędna). Mobi ma też funkcjonalności, których ePubowi brak, np. specjalny prasowy spis treści. Książkowy spis treści w wydaniu prasowym mobi nie jest oczywiście błędem, ale nie wykorzystuje potencjału formatu.

Książkowy spis treści Prasowy spis treści
Spis treści w mobi: książkowy… …i prasowy

Może się zdarzyć, że plik mobi nie wygląda równie dobrze, jak ePub – formatowania są zmienione, układ się „sypie”. Przyczyny są prost:, albo źle przygotowano plik ePub, albo zastosowano chałupnicze metody konwersji. Temat poruszał już m.in. Robert Drózd we wpisie Calibre nie do wszystkiego idealny?

Na co nie zwracać uwagi?

Jak w każdej pracy, tak i w tej często można natknąć na skrajnie odmienne perspektywy. Są wydawcy, którzy z pełnym zaufaniem oddają swoje wydania cyfrowe w ręce firm bądź osób oferujących konwersję. Jest to oczywiście wymarzona sytuacja dla zleceniobiorców, ale niesie za sobą spore ryzyko. Jeśli wydawca jest zorientowany w rynku e-wydań, wybierze doświadczonych specjalistów i może być dość spokojny, że cyfrowe publikacje tytułów wydawnictwa będą utrzymane na co najmniej przyzwoitym poziomie. Jeśli jednak stawia dopiero pierwsze kroki w tym najmłodszym chyba obszarze rynku wydawniczego, może wybrać źle. To trudna branża i perspektywa opracowania e-wydania za „parę groszy” może wydawać się kusząca. Nie twierdzę, że każda tania konwersja jest zła (a droga – dobra), jednak trudno oczekiwać, że ktoś działa w tym obszarze pro publico bono. Na podstawie ceny nietrudno oszacować, ile godzin zleceniobiorca poświęci na opracowanie e-wydania.

Są też wydawcy działający w dokładnie przeciwny sposób. Każde wydanie zostaje dokładnie sprawdzone przez zespół korektorski, co samo w sobie jest świetnym pomysłem. Oczywiście zmierzam do małego „ale”… żeby korekta składu miała sens, korektorzy muszą się znać na e-wydaniach. Najczęściej są to ludzie o bardzo dużej wiedzy i doświadczeniu, ale wyłącznie w obszarze publikacji drukowanych. Siłą rzeczy znane sobie kryteria przykładają do e-wydań, a tak przeprowadzony test nie może wypaść pozytywnie.

Dlaczego na tej stronie zostało tak dużo światła? Dlaczego nagłówek został na dole strony, a reszta tekstu jest na kolejnej? Tabela nie wygląda tak, jak w druku. Przypisy powinny wyświetlać się na dole strony. Ten fragment powinien być wyróżniony na jasnoniebiesko, nie ciemnoniebiesko. Przy powiększeniu nagłówek nie mieści się na szerokość. Podkreślenia miały być linią falistą. Do tego dochodzą szewce i bękarty, i wiele innych uwag.

U podstaw nieporozumień korektorskich leży niezrozumienie idei formatów mobilnych. Pojęcie strony nie ma tu zastosowania. Główną cechą plików mobilnych jest swobodny przepływ treści, dzięki czemu tekst wlewa się w ekrany różnej wielkości. Elastyczność wiąże się jednak z brakiem ścisłej kontroli; specyfikacja ePub2 nie pozwala na opanowanie szewców i bękartów (nawet wiszące spójniki są kwestią sporną, nie zawsze wskazana jest ich kontrola) czy „spinanie” akapitów razem, np. w przypadku nagłówków. Bywa, że grafika nie mieści się na ekranie pod tekstem i wyświetla się na następnej „stronie”, zostawiając połowę ekranu pustą. Na więcej pozwala specyfikacja ePub3, w której można zaprojektować nawet tzw. fixed layout (projekt całkowicie sztywny, podzielony na strony, zawierający w sobie wersje na dowolną ilość ekranów w różnej wielkości i orientacji). Trzeba jednak pamiętać, że w każdym przypadku – czy to ePub2 i ePub3, czy mobi – dużo zależy od wybranej przez czytelnika aplikacji i personalizacji, jaką on zastosuje. Może zmienić sobie krój liter, ich wielkość, kolor tła i wiele innych detali. Są też proste lub zwyczajnie nieudane aplikacje, które całkowicie ignorują projekt e-wydania i zastępują go własnym. Bardzo dużo leży więc w rękach czytelnika – jaką aplikację wybierze i jak spersonalizuje wygląd e-wydania.

Słowem podsumowania

Tak naprawdę nie trzeba dysponować zaawansowaną wiedzą o publikacjach cyfrowych, by ocenić, na ile dobrze zostały one przygotowane. W większości przypadków wystarczy, by wydawca postawił się w miejscu czytelnika, wziął swoje ulubione urządzenie do czytania i przejrzał przygotowane wydanie. Jeśli dobrze się czyta i łatwo nawiguje, jest spora szansa, że można je spokojnie oddać w ręce czytelników.


Grafika Libros de texto a formato e-books autorstwa Marii Eleny opublikowana na licencji CC BY 2.0
Pozostały materiał graficzny: opracowanie własne.

Państwa opinia

Adres e-mail nie będzie widoczny.

*